No i qniec. Mama pojechała. Pozostawiła jednak po sobie pełna lodówkę wałówki, kilkadziesiąt zdjęć, dużo miłych i wesołych wspomnień oraz jedno niemiłe ( ale w końcu odjechać musiała i te parę łezek to normalna sprawa…) Moje ferie jednak się skończyły parę dni wcześniej – uczelnia wzywała. Kto by pomyślał, że w takie 10 dni urlopu można aż tyle opuścić? :D Jeszcze wszystkiego nie nadrobiłam (ba nawet połowy nie :P ), ale stwierdziłam, że posta se napiszę. Na wsi jak na wsi – żarcie się do lodówki nie mieściło, grilliki, rodzinne biesiady, słońce rozgrzewało, a więzy rodzinne zacieśniały się przy wspólnym wyrywaniu ostów. Po przyjeździe do KRK jeszcze pierwsze ćwiczenia były jak zapożyczony fragment z Apokalipsy: dowiedziałam się, że Tinkie Winkie ma odmienna orientację, a Kubuś Puchatek to dziewucha! Jakby tego było mało to na tych samych ćwiczeniach z Komunikacji nas poinformowano, że media kłamią i naginają rzeczywistość. No kto by pomyślał!!! Kolejny filar padł… życie miejskie jednak mnie nie oszczędza – dziś się przygotowywałam do kolosa z niemieckiego i poszerzyłam swój zasób słów o parę NIEZWYKLE PRZYDATNYCH słówek typu wózek widłowy, kontener na kółkach, szafa na lekarstwa, stół montażowy czy leżanka do badań. Ech, a już następny tydzień puka do drzwi… Profilaktycznie jeszcze z rana skoczę do apteki po PERSEN. Przyda się…
Sunday, June 3, 2007
Po urlopie
Subscribe to:
Post Comments (Atom)

No comments:
Post a Comment