A chodzi o to, że Budapeszt jest piękny! 4 dni u Madziarów to było TO! Miasto magiczne, niemal każdy zakamarek wart uwiecznienia fotką, turystów więcej niż chińczyków no i „zajebiście małe odległości”:)
Początki były trudne. Autokar marki „DINOZAUR” powinien raczej służyć, jako eksponat muzealny, a nie, jako środek transportu, ale dojechał i to się liczy! Na granicy polskiej też było śmiesznie: szybkie sprawdzanie paszportów, a potem powrót celnika z prośba: Panie M.J. i E.D. są proszone na chwilkę. Wywęszył niepolskie nazwiska i się zestresował :D Ale terroryści ku przerażeniu reszty powróciły na pokład :) No i tak śmiech towarzyszył nam przez cały czas. Przyjeżdżamy do „hotelu” o godziny 8.00, a tu zaskoczenie pilotek (zupełnie nie wiem skąd, bo z reguły meldowanie jest po 12….), że nie ma jeszcze pokoi. A więc Brecht! Napakowali nas jak sardynki do 3 pokojów i balanga:) Dali nam chwilkę na zapoznanie się z warunkami, czyli pokoje czteroosobowe ze wspólna łazienką koedukacyjną na korytarzu. Pisuar obok muszli + zero zasłonek pod prysznicami = PERFECT INTEGRATION :P Potem to już było tylko bardziej wesoło: nie mówiące po węgiersku przewodniczki (ale to niestosowne słowo bo by zakładało, że one coś o tym mieście wiedzą! moim zdaniem nie były też nigdy w Budapeszcie, ale może złośliwa jestem….), dezorientacja w metrze, kanary co 100m… Ale nie o to chodzi! Budapeszt jest piękny i nic tego nie zepsuje! Zwiedziliśmy naprawdę dużo, towarzystwo wyborowe, no i te widoki…
Morał jest taki: Grunt to chęć spędzenia miło czas, a ni ma bata, żeby się tak nie stało :D

No comments:
Post a Comment